Najnowsze wpisy

9/18/2017

5 rzeczy, które powinieneś zrobić przed nadejściem jesiennej pluchy


Jesień to taka specyficzna pora roku. Z jednej strony jest piękna, ma swój wyjątkowy klimat i posiada w sobie coś relaksującego. Z drugiej strony jesień to też plucha, szaruga i deprecha. Szybko robi się ciemno, jest zimno i polska jesień często nie przypomina tej z Pinteresta - złotej, pachnącej dynią i gorącą czekoladą pitą w oversizowym swetrze.

Jesień ma też to do siebie, że lubi nas zaskoczyć. Niby lato w pełni, jemy lody, ubrani w przewiewne gatki, aż nagle przychodzi załamanie, kilkanaście stopni na termometrze i z bólem serca sięgamy do szafy po sweter. Dlatego zanim to nastąpi, warto wykorzystać ostatnie pogodne dni i naładować akumulatory przed nieuchronnie zbliżającym się spadkiem formy.

1. Naciesz się ruchem na świeżym powietrzu
Oczywiście jesień nie wyklucza aktywności pod chmurką - wręcz przeciwnie, zaczyna się sezon na spacery po alejkach pełnych kolorowych liści. Jednak trzeba liczyć się z tym, że za chwilę pogoda przestanie nas rozpieszczać i czekają nas pochmurne, deszczowe dni, a wtedy niechętnie ruszamy się z domu. Dlatego to ostatni dzwonek, żeby bić rekordy na rowerze czy poćwiczyć jazdę na rolkach.


2. Jedz sezonowe owoce i warzywa
Za chwilę skończy się sezon na polskie owoce i w warzywniakach pojawią się importowane pomarańcze. Wykorzystaj ten moment i bierz garściami z tego, co daje nam natura. Nie ma lepszego źródła witamin niż świeże owoce i warzywa. A co powiesz na pyszne sezonowe wypieki, takie jak na przykład tarta ze śliwkami i cynamonem?

3. Zadbaj o kondycję skóry i włosów
Niewątpliwie jesień to trudny czas dla naszych włosów, które o tej porze roku lubią wypadać bardziej niż zwykle. Poza tym włosy i skóra są po lecie wysuszone i wymagają regeneracji. Zrób dla siebie coś dobrego - może jakaś profesjonalna kuracja u fryzjera, albo wizyta u kosmetyczki? Przywitaj jesień w dobrej formie, wystarczy, że za oknem jest szaro, Ty możesz dla odmiany błyszczeć.
Jeśli wolisz domowe spa, koniecznie wypróbuj tej maseczki bananowej:

Maseczka bananowa
Dojrzałego banana zmiażdż widelcem, dodaj łyżkę miodu i łyżkę soku z cytryny, wymieszaj dokładnie wszystkie składniki. Nałóż na twarz i po 15 minutach zmyj ciepłą wodą.

4. Zaplanuj dodatkową aktywność w swoim tygodniu
Jesienią mamy tendencję do zalegania na kanapie. A wbrew pozorom to dobry moment, żeby zacząć coś nowego i poszerzyć horyzonty. Wraz z jesienią ruszają nowe kursy, zajęcia. Warto zaplanować jakąś dodatkową aktywność na ten czas, żeby uniknąć zrośnięcia się z pilotem. Może zajęcia jogi, albo kurs języka? Wykorzystaj długie wieczory i spraw, żeby nie były one zmarnowane! Ja planuję kurs nauki gry na ukulele :-).

5. Przygotuj swoją szafę
To zdecydowanie ulubiony punkt wszystkich pań. Zmiana pory roku jest doskonałą okazją na zakupy i pretekstem do wymiany garderoby. Zanim jednak rzucisz się w zakupowy szał, porządnie przejrzyj swoją szafę. Sprawdź czego Ci brakuje, a z czym ewidentnie powinnaś się rozstać. Czy na pewno jest sens wyciągać ten szary sweter, którego nie założyłaś zeszłą jesienią? Jeśli masz problem z selekcją ubrań, poproś o pomoc faceta lub przyjaciółkę, oni zawsze szczerze Ci powiedzą, co powinno wylądować w worku. Pozbądź się zalegaczy i zrób miejsce na nowe, jesienne stylizacje. Tylko z głową! ;-)

A Wy jak przygotowujecie się na jesień? Macie jakieś obowiązkowe punkty do odhaczenia? Jakieś złote rady na złotą porę roku? Podzielcie się w komentarzach!


9/07/2017

Wystarczy odpowiedni RUCH!



To był genialny weekend. Odwiedziła mnie moja przyjaciółka, której nie widziałam wieki. Dużo spacerowałyśmy, wypiłyśmy hektolitry kawy w przytulnych knajpkach i przegadałyśmy dwie noce z rzędu. W niedzielę, po zarwanej nocy, oczywiście zaspałyśmy i omal nie spóźniłyśmy się na jej pociąg powrotny do Opola. Ola w pośpiechu zapakowała swoje rzeczy i pędem ruszyłyśmy na dworzec. Udało się - w ostatniej chwili wskoczyła do wagonu i zadyszana, ale szczęśliwa pomachała mi zza szyby na pożegnanie.

Po powrocie do domu odkryłam, że oczywiście Ola zapomniała kilku rzeczy - a dokładnie ładowarki do telefonu, którą zostawiła w gniazdku, a po wejściu do łazienki zobaczyłam jej kosmetyczkę. Nie wiem co gorsze w tej sytuacji dla kobiety - brak możliwości naładowania telefonu  czy wizja pójścia do pracy bez makijażu. Dla Oli obie rzeczy były tragedią. 


Jako przyjaciółka - człowiek od gaszenia życiowych pożarów, musiałam dostarczyć Oli jej zguby. Sprawa była o tyle utrudniona, że Olka jest przekochaną, wspaniałą osobą, ale jest także pracoholikiem (wybacz Ola, wiesz, że tak jest) i przez całe dnie jest poza domem. Musiałam więc znaleźć rozwiązanie - jak dostarczyć jej paczkę szybko i z dogodną formą odbioru.

Przekopałam internet i ostatecznie najlepszym rozwiązaniem w tej sytuacji okazała się usługa Paczka w RUCHu. Pod domem mam kiosk RUCH-u, więc moja paczka wyruszy natychmiast w drogę. Olka pod domem również ma kiosk, czynny do późnych godzin wieczornych - odbiór w punkcie o dowolnej porze to największy atut w zaistniałej sytuacji. Samo nadanie jest bardzo proste: wystarczy wejść na stronę Paczka w Ruchu, wygenerować kod nadania i podać go Sprzedawcy przy nadaniu przesyłki. Podałam też dane odbiorcy, więc Olka dostanie powiadomienie SMS i mail, że paczka jest już do odebrania. A do tego nadanie paczki w RUCH-u jest w naprawdę korzystnej cenie. 



Zapakowałam więc wszystko w zgrabną paczuszkę, zaniosłam do kiosku, podałam pani kod i od razu zameldowałam Olce, że misja prawie zakończona, czekam na informację, że przesyłka w ruchu się sprawdziła i kryzys zażegnany.

Wkrótce dostaję zdjęcie - uśmiechnięta Ola w pełnym makijażu, trzymająca ładowarkę w ręce, pozdrawia mnie zza biurka w swoim drugim domu - czyli pracy. I wiadomość - „Dzięki Tobie wyglądam jak człowiek i mam kontakt ze światem”. Pożar ugaszony, przyjaciółka szczęśliwa, mission completed!

A czy Wy mieliście kiedyś podobną sytuację? Podzielcie się w komentarzach!



Post powstał przy współpracy  z firmą RUCH

      


8/29/2017

Tarta ze śliwkami i cynamonem - prosta i pyszna

ciasto ze śliwkami

Stało się - nadeszła jesień. Chociaż lato jest cudowne i zawsze mija za szybko, jesień to także wdzięczna pora roku, którą da się lubić. Czytanie książki przy gorącym kakao, spacery po dróżkach pełnych kolorowych liści i wypieki z sezonowymi owocami - z tym kojarzy mi się jesienny czas.

Na inaugurację tego sezonu upiekłam przepyszną tartę ze śliwkami, oprószonymi aromatycznym cynamonem. Zapach pieczonych śliwek, połączony z intensywnym cynamonem sprawia, że mam ochotę założyć ciepły sweter, zaparzyć herbatę i cieszyć się dłuższym wieczorem. I dzięki temu rozpacz za odchodzącym latem jest jakby trochę mniejsza.

Połówki śliwek ustawione na baczność, przypominają mi pączki tulipanów w świetle zachodzącego słońca.

Składniki:

- kostka masła
-  1 duże jajko
- opakowanie cukru waniliowego
- 100 g cukru
- 300g mąki pszennej
- szczypta soli
- kilogram śliwek
- cynamon 

Przygotowanie:

1. W dużej misce mieszamy cukier, cukier waniliowy, mąkę i sól. Dodajemy pokrojone masło i całość siekamy nożem, aż powstanie coś na kształt kruszonki. Dodajemy jajko i wyrabiamy ręcznie ciasto. Gotową kulkę ciasta wkładamy do zamrażarki na 15 minut. 

2. W tym czasie myjemy dokładnie śliwki, osuszamy na ściereczce i kroimy na pół, usuwając przy tym pestki. Powstałe połówki nacinamy po środku do połowy. 

3. Ciasto wyciągamy z zamrażarki i rozwałkowujemy na papierze do pieczenia. Formę do tarty o średnicy 25-28cm smarujemy masłem i oprószamy mąką. Na tak przygotowaną formę przekładamy ciasto, dopasowujemy je do formy i nakłuwamy widelcem a na końcu posypujemy cynamonem wedle uznania. Ciasto wstawiamy do nagrzanego do 200 stopni piekarnika i pieczemy ok. 15 minut, aż góra się zarumieni. 

4. Na gotowym podpieku układamy śliwki - miąższem do góry, ciasno obok siebie, zaczynając od zewnętrznej strony. Na końcu znów posypujemy całość cynamonem. Tak przygotowane ciasto pieczemy jeszcze ok. 30 minut, co jakiś czas doglądając. Najlepiej piec bez termoobiegu, na najniższym poziomie piekarnika.

Gotowe ciasto odstawiamy do ostygnięcia, ale polecam spróbować gdy jest jeszcze lekko ciepłe, smakuje obłędnie!


Bruno jest wszędzie tam, gdzie pachnie czymś smacznym.

Polub fanpage na Facebook'u i nie przegap najnowszych wpisów!


8/24/2017

Z psem za granicę - paszport dla psa, czip i inne ważne informacje


W tym roku po raz pierwszy wybrałam się z Brunem za granicę. Niedaleko, bo do Niemiec, ale jak się okazuje, jeśli chcemy poruszać się z psem gdziekolwiek poza granicami kraju, potrzebujemy do tego kilku dokumentów. Postanowiłam przygotować krótki wpis, w którym przedstawię najważniejsze informacje związane z podróżowaniem z psem za granicą, może komuś się przyda :-).


Przede wszystkim pies musi mieć paszport. Paszport wyrabia się u lekarza weterynarii, który posiada do tego uprawnienia. Większość lekarzy posiada, ale przed wizytą warto zapytać. Aby móc wyrobić paszport, pies musi być oznakowany - tatuażem lub chipem. Jeżeli pies pochodzi z hodowli i ma tatuaż - to wystarczy. Jeśli nie, jak było w naszym przypadku - konieczne będzie wszczepienie chipa. 

Chipowanie psa polega na wstrzyknięciu pod skórę nadajnika wielkości ziarenka ryżu, najczęściej w okolicach szyi. Zabieg jest bezbolesny i trwa jakieś 30 sekund. Warto zachipować psa, nawet jeśli nie wyrabiamy paszportu, ponieważ w razie zaginięcia, łatwo będzie zidentyfikować właściciela zguby. Czasem w miastach organizowane są akcje darmowego chipowania psów i kotów, ale ogólnie koszt chipowania to ok. 30zł. My dostaliśmy do chipa zawieszkę do obroży (na zdjęciu powyżej), na jej odwrocie znajduje się kod QR. Gdyby ktoś znalazł psa, po zeskanowaniu kodu telefonem zobaczy konto pupila w bazie i kontakt do kliniki lub właściciela. Tu ważna informacja - przy chipowaniu zapytajcie weterynarza, czy rejestruje on psa od razu w bazie, czy musicie zrobić to samodzielnie. Zwykle kliniki mają wykupiony dostęp do bazy, ale czasem trzeba zrobić to na własną rękę. 

Oprócz chipa Bruno ma także tradycyjną metalową adresówkę, w środku której znajduje się karteczka z kontaktem do mnie. To tak na wypadek, gdyby osoba która go odnalazła, nie była użytkownikiem smartfona i kod QR okazałby się wyzwaniem. Niestety mało osób kojarzy czym jest ten srebrny przedmiocik i musimy rozważyć adresówkę w innej formie. Kiedyś miły starszy pan zapytał mnie: a co ten piesek tu ma przy szeleczkach? To taka mini latarka? Także... :-)

Do wyrobienia paszportu potrzebujemy także aktualnego szczepienia przeciwko wściekliźnie. Bez aktualnego dokumentu potwierdzającego szczepienie, nie ma co ruszać w drogę. Ostatnio nawet zdarzyła nam się kontrola szczepienia w PKP, na trasie Warszawa - Gdańsk. Dlatego już nie ruszamy w podróż bez książeczki :-). 

Jeśli mamy już oznakowanie (chip lub tatuaż) oraz aktualne szczepienie - możemy wyrobić paszport. Zwykle paszport wystawiony jest od ręki, na jednej wizycie. Weterynarz uzupełnia wszystkie informacje, wkleja wszystkie naklejki - od chipa i od szczepionki i gotowe - możemy ruszać. Koszt wydania paszportu to ok. 100zł.


W trakcie wyjazdu warto też zadbać o ochronę pupila przed kleszczami, które czają się teraz wszędzie, także w miejskich trawnikach. My używamy obroży Foresto (do kupienia tutaj) i jest naprawdę niezawodna. Bruno zaliczył w niej buszowanie po lesie, hasanie po parkowych gęstwinach i wylegiwanie się na trawie i nic - żadnego ohydnego kleszcza. Mało tego - widziałam jak w lesie kleszcz zaczął się po nim wspinać, ale po chwili sam zwiał z powrotem na leśną dróżkę, zatem mamy niezbite dowody na skuteczność Foresto :-).


 I w zasadzie to tyle. Nie zdarzyła nam się kontrola, ale jechaliśmy spokojni, bez obaw i to najważniejsze. Musicie wiedzieć, że w przypadku kontroli, jeśli nie posiadamy wymaganych dokumentów, pies może zostać nam odebrany i poddany przymusowej kwarantannie, o mandacie nie wspominając. Dlatego koniecznie załatwcie wszelkie formalności przed wyjazdem!



8/01/2017

Weekend w Trójmieście z psem

pies nad morzem

To był nasz pierwszy wyjazd nad polskie morze z psem. Zdecydowaliśmy się na Trójmiasto, ze względu na to, że w zeszłym roku podczas pobytu w tym miejscu zauważyliśmy, że jest mnóstwo turystów z psiakami. Uznaliśmy, że to dobry znak i w tym roku zabierzemy ze sobą Bruna.

Miałam kilka obaw przed wyjazdem. Nie bałam się o podróż, bo z tym nigdy nie ma problemu, Bruno to rasowy podróżnik, bez względu na środek lokomocji. Martwiłam się o to, jak odnajdzie się na plaży (nie znosi wody), o hotel - ciężko znaleźć fajny, w którym można swobodnie przebywać z psem, a także o kawiarnie i restauracje (gdzie my będziemy jeść?!). Okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam, bo wszystko było tak, jak powinno.


 

Na plaży Bruno czuł się doskonale. Czas na plaży spędzaliśmy głównie popołudniem, żeby nie narażać psa na gorąco i dyskomfort. Poza tym weekend był raczej pochmurny, więc mogliśmy szaleć praktycznie do woli. Oczywiście łapy w morzu panicz nie zamoczył, ale bieganie po piasku przypadło mu do gustu. Ważna informacja dla wszystkich psiarzy - nie na każdą plażę można wejść z psem. W Sopocie między wejściem 43 a 45 jest wyznaczona plaża dostępna dla czworonogów, poza tym wyznaczonym pasem jest zakaz wchodzenia z psiakiem. Z tego co pamiętam taka psia plaża jest także w Gdyni Orłowo.


Jeżeli chodzi o hotel, to trafiliśmy idealnie - nocowaliśmy w Novotel Gdańsk Marina, przy samej psiej plaży. Sam hotel był bardzo przyjazny psom, swobodnie poruszaliśmy się z Brunem po terenie hotelu (jedynie w strefie gastronomicznej nie można przebywać z psem, co totalnie szanujemy), a w hotelowym patio Bruno wylegiwał się na trawce i ganiał za patykiem. 






A jak już mowa o hotelu, to chciałam podrzucić wam link do wywiadu, którego jakiś czas temu udzieliłam dla Magazynu Accor Hotels - o innym miejscu, które jest dla mnie jeszcze bardziej wyjątkowe niż Trójmiasto, czyli o Opolu. Zapraszam do lektury :-)

Z restauracjami i zwiedzaniem w Trójmieście nie było większego problemu. W żadnej kawiarni czy restauracji nie odmówili nam miejsca, a nawet kelnerzy z własnej inicjatywy przynosili miseczkę z wodą. Załapaliśmy się także na przejażdżkę diabelskim młynem, w którym my siedzieliśmy spięci jak diabli, a Bruno... się zdrzemnął.





Także jeżeli wybieracie się nad Bałtyk z psem, śmiało możecie uderzać do Trójmiasta. Nie mamy nic do zarzucenia, psiarzy mnóstwo, a widok psa w kawiarni to norma :-). Polecamy!

A jeśli wybieracie się nad morze i nie wiecie jak zabrać się do pakowania i co zrobić, żeby walizka nie ważyła 100kg - zapraszam do tego posta, gdzie znajdziecie także gotową listą rzeczy do spakowania do wydruku!



najlepsze zdjęcie Bruna z wakacji





7/21/2017

Wegańskie kotleciki z zielonego groszku


Uwielbiam wszelkiego rodzaju kotlety z warzyw. To fajna alternatywna dla posiłków mięsnych, przede wszystkim smaczna i sycąca. Mają dla mnie jeszcze jedną zaletę - podgrzane w mikrofali smakują o niebo lepiej niż te z mięsa, a niestety na co dzień właśnie tak muszę podgrzewać swój obiad. Dzisiaj dzielę się z wami przepisem na kotlety z zielonego groszku, które robi się naprawdę ekspresowo. Pokazywałam wam ten przepis już na moim instastory, gdzie ostatnio zrobiłam się bardziej aktywna niż zwykle :-).

Składniki:
- puszka groszku konserwowego
- jedna surowa marchew
- łyżka nasion, np. słonecznik, pestki dyni (opcjonalnie)
- łyżka kaszy manny
- łyżka bułki tartej 
- bułka tarta do obtaczania kotletów
- pół cebuli
- ząbek czosnku
- sól i pieprz

Przygotowanie:
Drobno posiekaną cebulę i sprasowany czosnek delikatnie rumienimy na patelni. Groszek blendujemy na gładką masę. Do groszku ścieramy na tarce o drobnych oczkach marchew. Dodajemy kaszę, bułkę i przyprawy oraz cebulę z czosnkiem, całość ponownie blendujemy. Na koniec dodajemy ulubione ziarna (opcjonalnie) i mieszamy masę. Formujemy kotleciki i obtaczamy w bułce. Smażymy na oleju do zrumieniena.

Kotleciki świetnie smakują z odrobiną jogurtu naturalnego (jeśli chcemy, żeby danie było w 100% wegańskie wystarczy zamienić go na jogurt sojowy) lub z domowym sosem czosnkowym.



Jeśli nie chcecie przegapić kolejnych przepisów, zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku:


TOP