Najnowsze wpisy

8/01/2017

Weekend w Trójmieście z psem

pies nad morzem

To był nasz pierwszy wyjazd nad polskie morze z psem. Zdecydowaliśmy się na Trójmiasto, ze względu na to, że w zeszłym roku podczas pobytu w tym miejscu zauważyliśmy, że jest mnóstwo turystów z psiakami. Uznaliśmy, że to dobry znak i w tym roku zabierzemy ze sobą Bruna.

Miałam kilka obaw przed wyjazdem. Nie bałam się o podróż, bo z tym nigdy nie ma problemu, Bruno to rasowy podróżnik, bez względu na środek lokomocji. Martwiłam się o to, jak odnajdzie się na plaży (nie znosi wody), o hotel - ciężko znaleźć fajny, w którym można swobodnie przebywać z psem, a także o kawiarnie i restauracje (gdzie my będziemy jeść?!). Okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam, bo wszystko było tak, jak powinno.


 

Na plaży Bruno czuł się doskonale. Czas na plaży spędzaliśmy głównie popołudniem, żeby nie narażać psa na gorąco i dyskomfort. Poza tym weekend był raczej pochmurny, więc mogliśmy szaleć praktycznie do woli. Oczywiście łapy w morzu panicz nie zamoczył, ale bieganie po piasku przypadło mu do gustu. Ważna informacja dla wszystkich psiarzy - nie na każdą plażę można wejść z psem. W Sopocie między wejściem 43 a 45 jest wyznaczona plaża dostępna dla czworonogów, poza tym wyznaczonym pasem jest zakaz wchodzenia z psiakiem. Z tego co pamiętam taka psia plaża jest także w Gdyni Orłowo.


Jeżeli chodzi o hotel, to trafiliśmy idealnie - nocowaliśmy w Novotel Gdańsk Marina, przy samej psiej plaży. Sam hotel był bardzo przyjazny psom, swobodnie poruszaliśmy się z Brunem po terenie hotelu (jedynie w strefie gastronomicznej nie można przebywać z psem, co totalnie szanujemy), a w hotelowym patio Bruno wylegiwał się na trawce i ganiał za patykiem. 






A jak już mowa o hotelu, to chciałam podrzucić wam link do wywiadu, którego jakiś czas temu udzieliłam dla Magazynu Accor Hotels - o innym miejscu, które jest dla mnie jeszcze bardziej wyjątkowe niż Trójmiasto, czyli o Opolu. Zapraszam do lektury :-)

Z restauracjami i zwiedzaniem w Trójmieście nie było większego problemu. W żadnej kawiarni czy restauracji nie odmówili nam miejsca, a nawet kelnerzy z własnej inicjatywy przynosili miseczkę z wodą. Załapaliśmy się także na przejażdżkę diabelskim młynem, w którym my siedzieliśmy spięci jak diabli, a Bruno... się zdrzemnął.





Także jeżeli wybieracie się nad Bałtyk z psem, śmiało możecie uderzać do Trójmiasta. Nie mamy nic do zarzucenia, psiarzy mnóstwo, a widok psa w kawiarni to norma :-). Polecamy!

A jeśli wybieracie się nad morze i nie wiecie jak zabrać się do pakowania i co zrobić, żeby walizka nie ważyła 100kg - zapraszam do tego posta, gdzie znajdziecie także gotową listą rzeczy do spakowania do wydruku!



najlepsze zdjęcie Bruna z wakacji





7/21/2017

Wegańskie kotleciki z zielonego groszku


Uwielbiam wszelkiego rodzaju kotlety z warzyw. To fajna alternatywna dla posiłków mięsnych, przede wszystkim smaczna i sycąca. Mają dla mnie jeszcze jedną zaletę - podgrzane w mikrofali smakują o niebo lepiej niż te z mięsa, a niestety na co dzień właśnie tak muszę podgrzewać swój obiad. Dzisiaj dzielę się z wami przepisem na kotlety z zielonego groszku, które robi się naprawdę ekspresowo. Pokazywałam wam ten przepis już na moim instastory, gdzie ostatnio zrobiłam się bardziej aktywna niż zwykle :-).

Składniki:
- puszka groszku konserwowego
- jedna surowa marchew
- łyżka nasion, np. słonecznik, pestki dyni (opcjonalnie)
- łyżka kaszy manny
- łyżka bułki tartej 
- bułka tarta do obtaczania kotletów
- pół cebuli
- ząbek czosnku
- sól i pieprz

Przygotowanie:
Drobno posiekaną cebulę i sprasowany czosnek delikatnie rumienimy na patelni. Groszek blendujemy na gładką masę. Do groszku ścieramy na tarce o drobnych oczkach marchew. Dodajemy kaszę, bułkę i przyprawy oraz cebulę z czosnkiem, całość ponownie blendujemy. Na koniec dodajemy ulubione ziarna (opcjonalnie) i mieszamy masę. Formujemy kotleciki i obtaczamy w bułce. Smażymy na oleju do zrumieniena.

Kotleciki świetnie smakują z odrobiną jogurtu naturalnego (jeśli chcemy, żeby danie było w 100% wegańskie wystarczy zamienić go na jogurt sojowy) lub z domowym sosem czosnkowym.



Jeśli nie chcecie przegapić kolejnych przepisów, zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku:


6/05/2017

Fit ptasie mleczko z chia (wegańskie)

fit ptasie mleczko

Do tej pory nasiona chia wykorzystywałam tylko do puddingów (sprawdźcie tutaj - jak zrobić idealny pudding chia). Teraz puddingi zamieniłam na ptasie mleczko. Słodycze kocham nad życie, a jeśli do tego mogę jeść je z mniejszymi wyrzutami sumienia, bo są w wersji "fit", to już w ogóle miodzio.

Przepis jest prosty, chociaż wymaga trochę skupienia i stania przy garach. Ale wierzcie mi, naprawdę warto. Recepturę znalazłam na ilovebake.pl, jednak trochę zmodyfikowałam ją po swojemu. Porcja nadaje się spokojnie dla 4-5 osób, ten deser jest naprawdę bardzo sycący. W dodatku przepis jest wegański - zamiast żelatyny dodajemy agar, czyli substancję żelującą pochodzenia roślinnego. 


Składniki:

- 4 łyżki nasion chia
- dwie puszki mleka kokosowego (po 400ml)
- 100ml mleka (w wersji wegan dowolne roślinne)
- 2 łyżki ksylitolu
- dwie tabliczki gorzkiej czekolady
- 3 łyżeczki agaru (agar dostępny np. w supermarketach Piotr i Paweł)
- laska wanilii


Przygotowanie:

Na początku przygotowujemy dwa garnki i foremkę ok. 20x20cm, ja zamiast formy użyłam prostokątnego lunchboxa wyłożonego papierem do pieczenia.
W pierwszym garnku przygotowujemy masę czekoladową. Podgrzewamy 400ml mleka kokosowego, dodajemy połamaną czekoladę, łyżkę ksylitolu, a kiedy wszystko się rozpuści i połączy, dodajemy 1,5 łyżeczki agaru i energicznie mieszamy. Gotujemy chwilę na małym ogniu i zostawiamy do ostygnięcia. Połowę gotowej masy wylewamy do formy i wstawiamy do lodówki. 

Przechodzimy do przygotowania masy białej. W drugim garnku podgrzewamy mleko kokosowe wymieszane z mlekiem roślinnym (można tutaj użyć także mleka krowiego). Do tego dodajemy ziarenka z laski wanilii, łyżkę ksylitolu, nasiona chia i na koniec 1,5 łyżeczki agaru, energicznie mieszając. Całość chwilę gotujemy na małym ogniu, cały czas mieszając. Odstawiamy do przestygnięcia. 

Gdy pierwsza warstwa czekoladowa jest już stężała, wylewamy na nią masę białą i wstawiamy do lodówki. Gdy ta stężeje, wylewamy na nią pozostałą masę czekoladową (masa będzie wymagała uprzednio ponownego podgrzania, żeby znów stała się płynna). Tak przygotowane warstwy zostawiamy w lodówce na ok. 3 godziny. Gotowe!

wegańskie ptasie mleczko


Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami, zostaw lajka na fanpage! :-)


5/21/2017

Wernisaż Post-Equador Poster Bienal w Warszawie


Ładnymi rzeczami należy się dzielić, dlatego dziś w poście kilka zdjęć z wernisażu, w którym miałam przyjemność uczestniczyć. Post-Equador Poster Bienal to wystawa prezentująca najlepsze prace nadesłane na ekwadorski konkurs, którego tematem był, jak nie trudno się domyślić, wszelkiego rodzaju plakat. 

Wszystko zaczęło się w Ekwadorze, gdzie zorganizowano pierwszy konkurs. Nikt chyba nie spodziewał się takiego zainteresowania. W tym roku nadesłano aż ok. 10 000 prac, w tym także z Polski. Najlepsze z nich można było oglądać najpierw w Lublinie, w Centrum Spotkania Kultur, a obecnie wystawa znajduje się w Galerii Polskiego Komitetu Olimpijskiego w Warszawie i będzie ją można oglądać do końca maja, także kto jeszcze nie zdążył zajrzeć, polecam, naprawdę warto!

Więcej zdjęć i informacji na temat konkursu znajdziecie na oficjalnym fanpage Ecuador Poster Bienal.

poster bienale equador








5/06/2017

Budzimy się z letargu - czyli co się działo z Babą...



Każdego roku na przełomie stycznia i lutego dopada mnie totalna chandra. Zawsze na siłę starałam się jakoś obudzić, zmusić do robienia kreatywnych rzeczy, na przekór pogodzie i samopoczuciu. W tym roku się poddałam. Postanowiłam tak po ludzku sobie odpuścić i robić tylko to, co naprawdę muszę oraz to, na co mam ochotę. Niestety na tej liście nie znalazło się blogowanie. Muszę otwarcie się przyznać - dopadło mnie wypalenie. Kiedy siadałam do komputera żeby cokolwiek napisać, resztki życiowego entuzjazmu ulatywały ze mnie jak bańka. Nie było sensu katować się i wylewać siódmych potów nad klawiaturą. Bo i kto chciałby takie wypociny czytać?

Zastanawiałam się, czy to już takie ostateczne zniechęcenie. Przyznaję, że nawet trochę się bałam,  że coś co było moją największą pasją, nagle tak po prostu przestało mnie cieszyć. Wtedy podjęłam chyba najlepszą z możliwych decyzji: bezczynnie poczekałam na rozwój wydarzeń.

Moja codzienność wyglądała do bólu rutynowo i ograniczała się do wykonywania podstawowych obowiązków: praca, zakupy, sprzątanie. Szczyty kreatywności osiągałam jedynie w weekendy na studiach. Jednocześnie z utęsknieniem wypatrywałam jakichkolwiek oznak wiosny. Każdy stopień więcej na termometrze dawał mi nadzieję, że ten koszmar niedługo się skończy. Powtarzałam sobie, że kiedyś przecież musi przyjść wiosna i po wyjściu z biura zobaczę słońce, zamiast pluchy i sztucznego światła ulicznych latarni.

I w końcu nadszedł ten moment - o 17:00 zrobiło się widno, a w Biedronce pojawiły się żonkile. 


Pierwsze oznaki nadchodzącej wiosny tchnęły we mnie chęć do działania. Zaczęłam małymi krokami - na początek odświeżyłam nieco szatę graficzną bloga. Zrobiło się bardziej różowo i wiosennie. Potem w głowie zaczęły piętrzyć się pomysły na nowe posty, zdjęcia, grafiki. Wrócił dawny zapał, a ja odetchnęłam z ulgą. Wracam do pracy na pełnych obrotach, do zarywania nocy przed monitorem i do wyklinania, że doba jest zbyt krótka - czyli moja wersja pełni szczęścia.


Witam wśród żywych, dobrze was znów widzieć!



1/30/2017

Manicure hybrydowy od Neess - recenzja zestawu

neess hybrydy

Chyba każda z nas wie, jaką wygodę daje manicure hybrydowy. Ja cenię sobie hybrydy przede wszystkim za to, że dzięki nim mogę nosić długie paznokcie, bo przy używaniu zwykłych lakierów często mi się łamią i muszę je piłować na bardzo krótko. No i to czekanie aż lakier wyschnie... Odbita poduszka na paznokciach to u mnie klasyk.

Robienie hybryd w domu ma tę przewagę, że możemy to zrobić w każdym dowolnym momencie, bez umawiania się do kosmetyczki. To przede wszystkim duża oszczędność czasu i pieniędzy.

neess lakiery hybrydowe

Ostatnio miałam okazję przetestować zestaw do robienia hybryd od marki Neess. Zestaw zawiera wszystko, czego potrzeba do zrobienia manicure, łącznie z małą lampą LED. W zestawie są także specjalne folie do ściągania hybryd, które bardzo ułatwiają cały proces. Przetestowałam cały zestaw od Neess już dwukrotnie, wykorzystując oba kolory dołączone do zestawu - Pole Lawendy oraz Czerwony i Wściekły


Na początku trzeba pochwalić Neess za bardzo szeroki wybór kolorów i ich ciekawe nazwy (Policjanci z Miami to mój faworyt :-)). 
Zacznijmy może od omówienia lampy. Lampa działa bez zarzutu, jest solidnie wykonana. Jedyne czego mogę się przyczepić, to zasilacz - jest zdecydowanie za krótki! Żeby używać lampy swobodnie na stole, konieczne jest użycie przedłużacza (no chyba, że ktoś ma gniazdko na wysokości blatu).

Kosmetyki same w sobie są naprawdę super, szczególnie zaskoczył mnie primer i cleaner, które pozbawione są ostrego, nieprzyjemnego zapachu, typowego dla tych produktów. Lakiery nakłada się z łatwością, nie powstają zacieki czy bąble. Co prawda mogłyby być według mnie nieco bardziej napigmentowane - pierwsza warstwa daje niewielkie krycie. Jednak dwie warstwy zdecydowanie wystarczą, żeby uzyskać zadowalający efekt. Poza tym nie mam zastrzeżeń co do trwałości - paznokcie pozostały w stanie niemal nienaruszonym przez 3 tygodnie.

neess fioletowy

jak ściągnąć hybrydy

Ściąganie hybryd to bułka z masłem. Dołączone do zestawu folie z przymocowanym wacikiem to duże ułatwienie, a remover dokładnie rozmiękcza lakier. Wszystko bardzo łatwo zeszło, a moje paznokcie w ogóle na tym nie ucierpiały. 

mała lampa do hybryd

czerwony lakier hybryda

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z tego zestawu i już planuję zakup kolejnych kolorów, na mojej liście "must have" są: Chcesz Beż i Impresja Poranka. Wszystkie dostępne kolory znajdziecie pod tym linkiem.

neess lawendowy

A Wy jakie macie doświadczenia z hybrydami? Robicie je na co dzień, czy okazyjnie?



TOP