12/28/2014

JOY Box.


Na pewno znacie GlossyBox i ShinyBox. Natomiast JOYbox to zupełna nowość - na zdjęciu widać pierwszą polską edycję pudełka kosmetycznego, którego dystrybutorem jest magazyn JOY.
 JOYbox różni się od innych pudełek tym, że oprócz kosmetyków "obowiązkowych", są dodatkowo 3 kategorie, z których same wybieramy sobie kosmetyki. I moim zdaniem to jest fajne. Bo przynajmniej wiem, za co płacę i że przetestuję produkty, które naprawdę chcę przetestować. Zamówiłam kiedyś GlossyBox i byłam bardzo rozczarowana, bo przyszły same buble. 

O JOYbox dowiedziałam się z bloga Sileshion. Zachwyciłam się i od razu zamówiłam. Dopiero po opłaceniu zamówienia zajrzałam na fanpage JOYbox, żeby poczytać komentarze i zamarłam. Niestety Joy nie był przygotowany na tak dużą liczbę zamówień i było dużo skarg, że zamówienie było złożone miesiąc temu i nadal ni widu ni słychu, a to że czegoś w pudełku brakuje, a to że coś uszkodzone, że na maila nie odpisują... Przyznam, że zaczęłam trochę żałować, że tak bez zastanowienia złożyłam zamówienie.. Ale na szczęście mile się zaskoczyłam. W sumie na paczkę czekałam 10 dni, czyli całkiem ok. Wszystko przyszło całe i zdrowe, a na maila z prośbą o podanie mi numeru nadawczego przesyłki, odpowiedź otrzymałam na drugi dzień. Podobno następna edycja dopiero w lutym i wtedy będą różne opcje wysyłki. Zamówię na pewno ;-) 




Przejdźmy do samej zawartości JOYbox. 
Trzy produkty dodatkowe, które wybrałam, to te od lewej: tusz Black Ecstasy Giorgio Armani, Olejek do kąpieli Kneipp i pomadka Balmi. 
Tusz mnie rozczarował. Po takiej znanej i ekskluzywnej marce spodziewałam się czegoś wow. A tu rzęsy jakieś takie posklejane, grudkowate,  niezbyt wydłużone... Nie dałabym za pełnowymiarowe opakowanie 160zł. Przeprosiłam się z moim dotychczasowym tuszem.
Olejek Kneipp - na plus. Skóra jest po nim miękka i ma bardzo delikatny, przyjemny zapach. Naprawdę fajny produkt.
No i Balmi, moja nowa miłość. Pomadka w ciekawym kształcie stożka ułatwia jej aplikację i powoduje, że nie mamy dookoła ust błyszczącej obwódki :D. Dołącza na stałę do Carmexa i odtąd stanowią mój duet niezastąpiony na zimowe, spierzchnięte usta.




No i produkty z puli "gwarantowanej". 
Żelu Original Source nie trzeba przedstawiać. Jest super i koniec.
Krem do rąk Eveline - jest świetny. Zapach, nad którym tak się rozpływały wszystkie recenzentki, faktycznie jest wspaniały. No i poza tym szybko się wchłania i fajnie regeneruje skórę na dłoniach.
Pasta Signal - faktycznie bielsze, lśniące zęby po pierwszym użyciu. Ale nie oszukujmy się, ma po prostu wysoki współczynnik ścieralności i choć daje natychmiastowy efekt, to z czasem pewnie porysuje szkliwo... Ale tak do jednorazowego wypróbowania ok.
Błyszczyk Bell - hmmm.... Ciężko stwierdzić. Na plus kolor - fajny, intensywny róż/bordo (widać go na mojej paszczy poniżej). Ale jest bardzo lejący, ciężko mi było go nałożyć tak, żeby nie było smug, żeby było równo i podkreślał do tego spierzchnięte usta... Jest na pewno bardzo trwały, dobry na imprezę. 
Maseczka Bielenda - dobry produkt. Cera po jej użyciu jest nawilżona i gladsza. 
No i Vaseline. Cóż mogę napisać o zwykłej wazelinie. Wygodne pudełeczko, dobra konsystencja - jestem zadowolona.

Podsumowując, JOYbox bardzo mi się podoba i na pewno zamówię edycję lutową. Nie ma produktu, który rzucę w czeluści kosmetyczki na wieczne zapomnienie.  Każdego będę używać, częściej lub rzadziej, ale wszystko wykorzystam. Za tę cenę (49zł, przesyłka gratis) opłacało się, bo samo Balmi i olejek kosztowałyby mnie 50 zł. 




3 komentarze:

  1. Też mnie kusiło aż w końcu nie zamówiłam :D Jak będzie następna edycja to biorę się za siebie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba będziesz musiała wytrzymać do lutego ;)

      Usuń
  2. Wow, nie interesuje się się zbytnio kosmetykami, ale takie pudełko wydaje się naprawdę kuszące! prawdopodobnie zamówię coś takiego :D

    OdpowiedzUsuń

TOP