7/11/2016

Slow life - filozofia życia czy chwyt marketingowy?


Slow food, slow fashion, slow life! Prawdopodobnie w ciągu ostatnich tygodni natrafiliście gdzieś na te słowa. W księgarniach jak grzyby po deszczu pojawiły się poradniki: jak zwolnić, jak przestawić swoje życie na wolniejsze obroty. Restauracje kuszą nas daniami, które teoretycznie daleko odbiegają od fast foodów, są wysokiej jakości, przygotowane z eko-bio-bezglutenowych produktów. Coraz więcej mówi się też o slow fashion - nowej filozofii kupowania ubrań. Ma być mniej, ale lepiej jakościowo. Powinniśmy zwracać uwagę na skład kupowanych ubrań i na warunki w jakich powstają. Oczywiście  piszę to wszystko w dużym uproszczeniu, ale generalnie modę na "slow" odbieram jako zachętę do rezygnacji z pędu w korporacjach, podniesienia jakości naszego codziennego życia, kupowania wyselekcjonowanych produktów i radowania się z drobnych rzeczy dnia codziennego. Tylko pytanie, czy jest to w zasięgu każdego z nas?

To chyba niemożliwe!
Ostatnia zima dała mi się wyjątkowo we znaki. Miałam dużo pracy, do tego stresujące egzaminy na studiach, a na dobicie obrażeni przyjaciele, dla których nie miałam totalnie czasu i zwyczajnie poczuli się, brzydko mówiąc, olani. Wychodziłam rano, przebijałam się przez śnieżną breję, kiedy wychodziłam z pracy breja nadal moczyła mi przyniszczone buty, a na zewnątrz panował już mrok. Wracałam pędem do domu, bo tam czekał na mnie pies domagający się spaceru i sterta notatek do nauki na egzaminy. Jadłam coś kupionego na szybko po drodze, wypijałam kubeł kawy i uczyłam się,  do momentu, w którym wkurzona, zmęczona i sfrustrowana odkładałam notatki w kąt, licząc na cud na egzaminie. Ostatnią rzeczą o jakiej wtedy mogłam pomyśleć było szukanie kaszmirowego swetra fair trade i gotowanie organicznego obiadu w ekologicznym garze. Jakie slow, panie!  


Czy "slow" znaczy drogo?
Podstawowym zarzutem wobec filozofii "slow life" jest to, że takie życie nastawione na wysoką jakość jest bardzo kosztowne. Obrońcy mają na to następującą odpowiedź: kupujesz drożej, ale rzadziej. Podsumowując wydatki na ubrania, kosmetyki, etc., w skali roku wychodzi teoretycznie tak samo, a nawet mniej. Szczerze? Mnie to jakoś nie przekonuje, a przynajmniej nie we wszystkich dziedzinach życia. Z pewnością nie można powiedzieć, że slow food jest tani. Różnica w cenie między wyselekcjonowanymi produktami ekologicznymi, a zwykłym jedzeniem z dolnej półki w supermarkecie jest ogromna. Co gorsza, płacąc więcej za dany produkt nigdy nie mamy pewności, czy naprawdę jest wart swojej ceny i czy ekologiczne jaja Babci Marysi naprawdę zniosły szczęśliwe kurki, biegające po zielonej trawce. Zwracam uwagę na to co jem, ale na 100% bio żywność chyba mało kogo stać. Jedzenie kupujemy codziennie, więc jaka tu oszczędność? Jestem ciekawa jak Wy to spostrzegacie, dajcie znać w komentarzu ;-)

Pozostaje jeszcze kwestia innych produktów, takich jak kosmetyki i ubrania. Mnie osobiście marzy się kosmetyczny minimalizm. Marzy mi się taka elegancka, mała kosmetyczka, z kilkoma produktami najwyższej jakości. Ale z moją manią zakupową póki co jest to nieosiągalne, może po 30stce :-). I tutaj się zgodzę - zamiast trzech bublowatych kremów można kupić jeden, za te same pieniądze. Poza tym jeśli kosmetyk jest naprawdę dobry, to zużyjemy go do końca i na dłużej nam wystarczy. Natomiast trochę wątpliwa jest dla mnie kwestia ubrań. Przede wszystkim moim zdaniem naprawdę ciężko kupić porządne ubranie na lata, niezależnie od jego ceny. Przeważnie płacimy za logo na metce i płaszcz za kilkaset złotych po sezonie, dwóch, będzie tak samo znoszony jak ten tańszy. Ale ok, wyobraźmy sobie optymistyczną sytuację, że udaje nam się skompletować podstawowy zestaw ubrań, za srogie kwoty, ale o wysokiej jakości, takie niezniszczalne ubrania na lata. Wyobrażacie sobie kobietę, która przez 5 zim chodzi w tym samym wełnianym płaszczu i tych samych skórzanych kozakach? Ja też nie. W czasach, kiedy mamy dostęp do tylu różnych sklepów, a moda zmienia się w zawrotnym tempie, ciężko wyobrazić sobie, że na zakupy idziemy raz na pół roku lub rzadziej. I o ile są elementy garderoby, za które jestem w stanie dać więcej pieniędzy, bo są ponadczasowe (np. skórzana ramoneska), tak za kolorowy t-shirt nie dam więcej niż 30zł, bo wolę kupić sobie 5 i nosić na zmianę, niż mieć dwie drogie koszulki i chodzić w kółko w tym samym. I tu znów nasuwa się kwestia pieniędzy: mogę mieć więcej drogich koszulek na zmianę, ale czy przeciętnego człowieka na to stać? 


Pewnie można odnieść wrażenie, że krytykuję tę nową modę na bycie "slow", ale jest wręcz przeciwnie! Bardzo mi się to podoba! Nie lubię tego wszechobecnego pędu, uważam że ludzie trochę przebiegają przez swoje życie, skupiając się nie na tym co trzeba. Jednak chyba trochę obraz "slow life" lansowany przez te wszystkie poradniki jest nieco wyidealizowany i momentami odrealniony. 
Wydaje mi się, że w niektórych dziedzinach "slow" nie jest  ideą i sposobem na życie, ale magicznym słówkiem, pod którym kryją się większe zarobki światowych koncernów, a także lokalnych przedsiębiorców, którzy za "slow" bułę policzą dwukrotnie więcej. A wtedy to my będziemy musieli być jeszcze mniej "slow" w pracy, żeby na to "slow life" więcej zarobić.

Czym dla mnie jest slow life?
Moja wizja slow life prezentuje się mniej więcej tak. Rodzina, pies, domek na wsi, obowiązkowo z ogródkiem, w którym hoduje się ekologiczne warzywka nadgryzione przez stonkę. Do tego mały kurnik i krówka. Spokojna praca, w której jedyne co mnie może zestresować, to zepsuty ekspres do kawy. Do pełni szczęścia brakuje tylko jeziora przecznicę dalej i życzliwych sąsiadów w mocno ograniczonej ilości. Obowiązkowo brak telewizora i internetu. I tak będzie wyglądała moja emerytura (wyciąć tę pracę z zepsutym ekspresem), o ile do niej dożyję i o ile nauczę się kiedyś doić krowę. 

A jaka jest Twoja definicja slow life?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

TOP